Szop pracz pod Zieloną Górą rośnie w siłę. Eksperci ostrzegają przed inwazją i kosztami
Ma czarną „maskę”, wygląda jak bohater bajki i potrafi rozbroić czujność nawet dorosłych. Tymczasem szop pracz, który coraz częściej pojawia się w okolicach Zielonej Góry, dla przyrody i ludzi jest realnym problemem: rozprzestrzenia choroby, plądruje gniazda ptaków, a w sprzyjających warunkach potrafi dostać się do budynków. O skali wyzwania i o tym, jak reagować na inwazyjne gatunki obce, rozmawiano w mieście podczas specjalnej konferencji.
Konferencja w Palmiarni: „Flora i fauna bez granic”
We wtorek, 17 czerwca, w Palmiarni spotkali się uczestnicy Konferencji i debaty „Flora i fauna bez granic. Jak inwazyjne gatunki zmieniają ekosystem?”. Wydarzenie przygotowało Biuro Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Zielona Góra wspólnie ze Zrzeszeniem Gmin Województwa Lubuskiego (którego nasze miasto jest członkiem) w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Ochrony Środowiska. Rozmowy dotyczyły zarówno przyrodniczych skutków pojawiania się nowych gatunków, jak i bardzo przyziemnych spraw: odpowiedzialności samorządów, kosztów działań oraz edukacji mieszkańców.
„Temat trudny i kontrowersyjny, ale musimy takie podejmować, by wypracowywać kierunki radzenia sobie z problemami”
Paweł Tonder, wiceprezydent Zielonej Góry
Podczas dyskusji wielokrotnie wracał wątek świadomości społecznej. Uczestnicy podkreślali, że wiele zagrożeń nie jest widocznych na pierwszy rzut oka, a brak wiedzy bywa najkrótszą drogą do kolejnych błędów – także takich, które później trudno naprawić.
„Wszyscy powinni wiedzieć, jak niebezpieczne rośliny i zwierzęta nas otaczają i dlaczego musimy podejmować działania, aby niektóre gatunki ograniczać. Czasami stają się one niebezpieczne np. dla rolnictwa czy ogólnie całej gospodarki”
Leszek Jerzak, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego
Profesor Leszek Jerzak zwracał też uwagę na szerszy kontekst: w Europie trudno mówić o ekosystemach całkowicie naturalnych, dlatego potrzebne są działania oparte na rozmowie i specjalistycznych strategiach, a nie na emocjach.
„W Europie nie ma naturalnych ekosystemów. Dlatego trzeba pomagać przyrodzie, poprzedzając to spokojną rozmową i wypracowywaniem fachowych strategii”
Leszek Jerzak, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego
Nie tylko zwierzęta. Inwazyjne gatunki w roślinach też robią spustoszenie
W Palmiarni padły też przykłady gatunków roślin, które w praktyce potrafią zdominować teren i wypierać rodzime gatunki. Wśród omawianych przypadków znalazły się m.in. silnie toksyczny barszcz Sosnowskiego sprowadzony z Kaukazu oraz nawłoć kanadyjska. Jak podkreślano, niektóre rośliny tworzą rozległe płaty, prowadząc do monokultur i zubożenia lokalnej bioróżnorodności.
„Istnieją rośliny tworzące całe płaty, niszczące inne gatunki i tworzące monokultury. Nikogo nie chcę obwiniać, niemniej to fakt, że do sprowadzenia niektórych z nich przyczynili się pszczelarze”
Leszek Jerzak, profesor z Instytutu Nauk Biologicznych UZ
Uczestnicy konferencji wskazywali, że zjawisko inwazji ma wiele źródeł: od handlu i transportu, przez celowe sprowadzanie gatunków, po nieprzemyślane decyzje ludzi, którzy – w dobrej wierze lub z wygody – wypuszczają organizmy do środowiska.
Szop pracz: sympatyczny wygląd, twarde konsekwencje
W praktyce jednak to właśnie szop pracz zdominował spotkanie. Jak wyjaśniano, gatunek ten należy do inwazyjnych gatunków obcych, a do naszego regionu miał dotrzeć „zieloną granicą” z Niemiec. Specjaliści podkreślali, że to zwierzę wyjątkowo sprawnie przystosowuje się do życia w pobliżu człowieka: korzysta z łatwo dostępnego pokarmu, szybko się rozmnaża i nie ma w naszym otoczeniu naturalnych wrogów.
„Może podnieść dachówkę i wejść do środka. W Niemczech zrobiła się afera, bo komuś splądrował kuchnię i wypił piwo…”
Leszek Jerzak, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego
Dowcipny przykład nie zmienia sedna: obecność szopów wiąże się z ryzykiem dla przyrody i zdrowia. Eksperci mówili o chorobach i patogenach, o presji na ptaki (zwłaszcza poprzez wyjadanie jaj i piskląt) oraz o śmiałości wchodzenia na posesje czy do zabudowań.
„Niby sympatyczny, ale trzeba sobie powiedzieć, że jest sprytny i niebezpieczny, na nasze choroby odporny, a przynosi obce patogeny”
Leszek Jerzak, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego
Liczby, które niepokoją. Skala odstrzałów w regionie
Jednym z najmocniejszych punktów dyskusji były dane o szybko rosnącej populacji. Jak przekazywał Jacek Banaszek, łowczy okręgowy PZŁ w Zielonej Górze, tempo wzrostu jest wyraźne, mimo działań ograniczających.
„Na terenie dawnego woj. zielonogórskiego ledwie cztery lata temu myśliwi eliminowali 920 inwazyjnych zwierzaków, rok później już 2,5 tys., następnie 4,5 tys., aż w minionym roku doszliśmy do 7 tys. sztuk. W całym woj. lubuskim na pewno przekraczamy ostatnio 10 tys. Jeśli jednak popatrzymy na to, co dzieje się za zachodnią granicą, w landach Brandenburgii i Saksonii niemieckie służby i myśliwi w każdy dozwolony prawnie sposób eliminują rocznie 50-55 tys. szopów. Oto, przed jakim wyzwaniem stoimy”
Jacek Banaszek, łowczy okręgowy PZŁ w Zielonej Górze
Porównanie z Niemcami pokazuje skalę, do której może dojść problem. Równocześnie zwracano uwagę, że same dane o eliminacji osobników nie wyczerpują tematu – istotne jest także to, w jakich miejscach szopy się osiedlają i jak szybko potrafią wypełniać nisze ekologiczne, korzystając z zasobów, których nie brakuje w pobliżu miast i wsi.
| Obszar / miejsce | Dane o eliminacji szopów |
|---|---|
| Teren dawnego woj. zielonogórskiego (cztery lata temu) | 920 |
| Teren dawnego woj. zielonogórskiego (rok później) | 2,5 tys. |
| Teren dawnego woj. zielonogórskiego (kolejny rok) | 4,5 tys. |
| Teren dawnego woj. zielonogórskiego (miniony rok) | 7 tys. |
| Całe woj. lubuskie (ostatnio) | ponad 10 tys. |
| Brandenburgia i Saksonia (rocznie) | 50-55 tys. |
Oportunista, który je „to, co jest”. Dieta szopa i presja na ekosystem
Jacek Banaszek tłumaczył, że szop pracz to gatunek wyjątkowo elastyczny: nie jest uzależniony od jednego rodzaju pożywienia. To właśnie czyni go tak trudnym przeciwnikiem – potrafi przerzucać się na to, co akurat jest dostępne, a w krajobrazie przekształconym przez człowieka takich okazji nie brakuje.
„Szopy nie mają w naszym otoczeniu naturalnych wrogów. Mają za to dostatek pożywienia i wysoką plenność. Są oportunistami, dostosowują się do czasu, miejsca. Jeśli są dostępne jajka, żerują na jajkach, jeśli są dostępne pisklęta, żerują na pisklętach, dalej – na rybach, które wyławiają na płytkich wodach, skorupiakach, małżach, płazach, gadach, a jak tego wszystkiego nie ma, to są owoce i warzywa”
Jacek Banaszek, łowczy okręgowy PZŁ w Zielonej Górze
Podczas konferencji wymieniano również inne zwierzęta uznawane za inwazyjne. Na liście znalazły się m.in. gęsiówka egipska pochodząca z Afryki, opisywana jako agresywna i zdolna do wyrzucania z gniazd piskląt innych ptaków, a także nutria niszcząca roślinność i wały przeciwpowodziowe czy żółwie ozdobne, które – gdy są wypuszczane do naturalnych akwenów – wypierają nasze żółwie błotne. Wśród przykładów pojawiły się także piżmak, norka amerykańska i rak pręgowany, który – jak wskazano – trafił do Europy przez okolice Gorzowa, dobrze znosi zanieczyszczoną wodę i wyparł raki szlachetne.
- barszcz Sosnowskiego (sprowadzony z Kaukazu) i nawłoć kanadyjska jako przykłady inwazyjnych roślin
- gęsiówka egipska, nutria oraz żółwie ozdobne jako przykłady inwazyjnych zwierząt
- piżmak, norka amerykańska i rak pręgowany (przez okolice Gorzowa) jako kolejne gatunki wskazywane przez ekspertów
Samorządy i koszty: ustawa, obowiązki i twarda kalkulacja
Ważnym wątkiem było to, kto i za co ma płacić. Według uczestników debaty problem wykracza poza kwestie przyrodnicze – dotyka budżetów gmin, organizacji działań i przepisów. Profesor Leszek Jerzak mówił wprost o rosnących obciążeniach dla samorządów i o tym, że część gmin może nie odczuwać jeszcze, jak duża presja nadchodzi, mimo że przepisy nakładają obowiązek działań zaradczych.
„Gminy nie bardzo czują, że nadciąga katastrofa, ponieważ ustawa zobowiązuje je do działań zaradczych. Trzeba np. wynająć firmę, żeby złapać szopa, następnie uśpić, zutylizować. A to jest koszt kilku tysięcy złotych. Proszę to sobie przemnożyć, jeśli np. mała gmina złapie 100 szopów”
Leszek Jerzak, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego
Także Jacek Banaszek zwracał uwagę na finansową stronę alternatywnych rozwiązań. Wskazywał, że nawet jeśli część osób sprzeciwia się uśmiercaniu zwierząt, utrzymanie ich w warunkach zgodnych z prawem oznacza wieloletnie, bardzo wysokie wydatki.
„Złapanie i utrzymanie jednego z nich kosztuje 5-6 tysięcy złotych rocznie. Jeśli założymy np. 10 tysięcy sztuk w systemie klatkowym, pod nadzorem inspekcji weterynaryjnej kastrowanych, sterylizowanych, z dostarczanym jedzeniem, bo tak mówi prawo, dodawszy, że może przeżyć 20 lat, to zobaczy pan, jaka kwota wychodzi i czy nas stać na to…”
Jacek Banaszek, łowczy okręgowy PZŁ w Zielonej Górze
Podsumowanie debaty było jednoznaczne: inwazyjne gatunki to temat, który łączy przyrodę z administracją i pieniędzmi. Zielona Góra, jak i inne samorządy regionu, stają przed zadaniem planowania działań w dłuższej perspektywie – tak, by ograniczać szkody w ekosystemie i jednocześnie trzymać się przepisów, które regulują sposób postępowania z takimi zwierzętami.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!