Czwartek, 25 czerwca 2026
Imieniny: Łucja, Wilhelm, Dorota

Dr Jacek Smykał kończy 30 lat na zakaźnym: legenda zielonogórskiego szpitala

Lekarz, którego w Zielonej Górze zaczepia się na ulicy z jednym, prostym pytaniem: „Czy pan mnie pamięta?”. Przez 30 lat stał na czele oddziału zakaźnego i dla tysięcy pacjentów był twarzą medycyny w najtrudniejszych momentach - od czasów, gdy choroby zakaźne wydawały się „domeną podręczników”, po okres, gdy cała Polska uczyła się słowa „pandemia”. Jacek Smykał wiosną przestał kierować Klinicznym Oddziałem Chorób Zakaźnych w Szpitalu Uniwersyteckim w Zielonej Górze. Jego obowiązki przejęła Renata Korczak.

To zamknięcie ważnego rozdziału w historii zielonogórskiej ochrony zdrowia. Smykał zaczynał pracę jeszcze w Szpitalu Wojewódzkim w Zielonej Górze, a kończył ją już w realiach Szpitala Uniwersyteckiego - w tym samym mieście, które, jak podkreśla, jest dla niego miejscem bez alternatywy. Przez lata leczył zarówno dorosłych, jak i dzieci, co - mimo że nie został pediatrą z wyboru - spełniło jego zawodowe marzenie.

Dom, w którym wirusy i bakterie były codziennością

Zainteresowanie światem patogenów nie przyszło przypadkiem. Ojciec Jacka Smykała był mikrobiologiem po Uniwersytecie Jagiellońskim. Choć miał ambicje naukowe i pracował na UJ, nie zrobił doktoratu - życie rodzinne i konieczność utrzymania czwórki dzieci skierowały go do sanepidu. To tam zajmował się badaniem patogenów, a po godzinach wykonywał w Zielonej Górze testy Waalera-Rosego, wykorzystywane m. in. w reumatologii.

„Od dziecka wiedziałem, że będę lekarzem.”

Jacek Smykał

Rodzina mieszkała przy ulicy Kołłątaja, w niewielkim lokum dzielonym także z dziadkami. W domu mieszały się tradycje i doświadczenia historii: część rodziny matki w większości zginęła w czasie II wojny światowej, natomiast rodzina ojca - mimo dramatów - przetrwała ją niemal w komplecie. Dziadkowie pochodzili z Galicji, spod Stanisławowa. W czasie wojny przenieśli się do Krakowa, do krewnych. Tam ojciec poznał przyszłą żonę - studiowała na UJ chemię. Po wojnie, szukając pracy, zamieszkali w Gubinie, a później - już z dziadkami - przeprowadzili się do Zielonej Góry.

Codzienność bywała uporządkowana i „mieszczańska”: niedzielna msza i rosół w południe. Za drzwiami było jednak więcej: galicyjscy dziadkowie rozmawiali ze sobą austriackim dialektem, a babcia zostawiła po sobie zeszyt z przepisami zapisany gotykiem. Dla rodziny nie do odczytania, ale pamięć o jej kuchni - mieszance polskich, ukraińskich, austriackich, węgierskich i żydowskich smaków - została na lata.

Relegowanie ze studiów i powrót do medycyny

Droga do zawodu nie była prosta. Na trzecim roku studiów w Szczecinie Smykał skrytykował ZSRR podczas zajęć. Uczelnia uznała, że „wprowadza niepokój wśród studentów” i został relegowany. W młodości działał w duszpasterstwie akademickim - przestrzeni, którą w tamtych realiach postrzegano jako oazę swobody. W domu słuchano Radia Wolna Europa, a w rodzinie były osoby związane z AK.

W 1974 zamieszkał w zakładzie dla niewidomych w Laskach, u Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża - m.in. po to, by uniknąć wojska. Laski były wówczas ważnym miejscem dla środowisk opozycji demokratycznej. Smykał pracował tam przy malowaniu pomieszczeń, a po godzinach roznosił opozycyjną prasę. W jego biografii pojawia się też epizod podróży do Watykanu, gdy miał przewieźć do Czech zakazaną tam Biblię.

Powrót na studia wymagał wsparcia i znajomości. Krakowska część rodziny prosiła o pomoc ówczesnego arcybiskupa Karola Wojtyłę - udało się załatwić stypendium w Mediolanie, jednak bez paszportu wyjazd nie doszedł do skutku. Finalnie, po trzech latach przerwy, w 1977 uzyskał zgodę na warunkowe kontynuowanie medycyny w Białymstoku. Pomogły w tym działania Wandy Wiłkomirskiej, przyjaciółki jego matki. Istotną rolę odegrał również Mieczysław Rakowski - pierwszy mąż Wiłkomirskiej, wówczas poseł i redaktor naczelny tygodnika „Polityka”.

Zielona Góra, oddział zakaźny i wybór „z konieczności”

Po studiach wrócił do Zielonej Góry z planem specjalizacji z pediatrii, ale zabrakło miejsc. Wtedy padła sugestia: choroby zakaźne. Trafił na „zakaźny” do doktora Janusza Kostrzewskiego, który przyjął go do zespołu. Był najmłodszy wśród lekarzy - pozostali mieli duże doświadczenie także w chorobach, które młodsze pokolenia znały głównie z książek, jak dur plamisty (tyfus). Wcześniej Smykał zaliczył też epizod stażowy na ginekologii.

To właśnie w szpitalu, na ginekologii, poznał przyszłą żonę. Elżbieta Smykał - późniejsza radna i działaczka społeczna - pracowała tam jako fizjoterapeutka. W pamięci zapisała się jej stanowcza obrona gniazd jaskółek, które ptaki lepiły pod oknami i w wejściach, a które część pracowników strącała. Gniazda - jak podkreśla Smykał - można spotkać w szpitalu do dziś. Elżbieta ma włoskie korzenie: jej matka nosiła nazwisko Castelli. Para pobrała się po pięciu miesiącach.

„Medycyna jest jak kapłaństwo. Albo masz powołanie, albo go nie masz.”

Jacek Smykał

W jego opowieści o zawodzie powracają trzy elementy: bliskość z pacjentem, pokora i odpowiedzialność. Wspomina też realia początku kariery - niskie zarobki i konieczność dorabiania, by utrzymać rodzinę. Aby samodzielnie prowadzić decyzje na oddziale, musiał przejść przez I oraz II stopień specjalizacji, co w praktyce oznaczało 12 lat nauki. Jak zauważa, dziś droga formalna bywa krótsza - mówi o sześciu latach.

HIV, AIDS i pandemia COVID-19: momenty przełomowe

Choroby zakaźne nie należą do specjalizacji, które w Polsce wybierane są masowo. Smykał przyznaje, że zakaźników jest „garstka”, a zainteresowanie opinii publicznej gwałtownie rośnie głównie w sytuacjach kryzysowych. Jednym z przełomów w jego karierze było pojawienie się HIV i AIDS - czas, gdy medycyna uczyła się nowych procedur, a strach był realnym elementem codzienności.

W poszukiwaniu najlepszych praktyk pojechał do berlińskiej Charité, największej kliniki uniwersyteckiej w Europie, by zobaczyć, jak leczyć pacjentów z HIV/AIDS. W Zielonej Górze personel wchodził do izolatek w kombinezonach i goglach - tak wyglądała ówczesna odpowiedź na nieznane zagrożenie.

Kolejną próbą była pandemia COVID-19. Wtedy o zielonogórskim lekarzu zrobiło się głośno w całym kraju, gdy zdiagnozował „pacjenta zero”, czyli pierwszy w Polsce oficjalnie potwierdzony przypadek zakażenia koronawirusem. Wspomina okres, gdy brakowało leków, ustandaryzowanych schematów terapii i sprzętu, a decyzje medyczne podejmowano w warunkach ogromnej niepewności.

„Bałem się, ale nigdy w szpitalu się niczym nie zakaziłem.”

Jacek Smykał

Podkreśla, że mimo pracy z pacjentami zakaźnymi nie zaraził się w szpitalu nawet gruźlicą - a przypadków było kiedyś bardzo dużo. Oddział liczył niegdyś 70 łóżek, dziś ma ich ponad 20. To zmiana, która pokazuje, jak inaczej planuje się dziś lecznictwo stacjonarne i jak zmieniały się potrzeby oraz organizacja opieki.

Miasto, dom i życie poza dyżurami

Choć jego biografia ma wątki ogólnopolskie, a nawet międzynarodowe, fundament pozostał lokalny. Smykał otwarcie mówi, że nie zamieniłby Zielonej Góry na inne miasto. Z żoną wyremontowali odziedziczony przez nią stary dom - początkowo w ruinie - krok po kroku, przez lata. Dziś, jak opowiada, każda część jest „z innej epoki”. Do tego ogród, który żartobliwie nazywa parkiem, i pies berneńczyk.

Rodzina jest dla niego punktem odniesienia: ma dwóch synów, dwie synowe, cztery wnuczki i jednego wnuczka, a także wielu przyjaciół. Synowie nie poszli jego drogą - w domu często go nie było, bo dyżurował i dorabiał m.in. w przychodni i w pogotowiu. Wybrali turystykę. Dzięki temu dziś rodzice mogą więcej podróżować.

Po wiosennej zmianie na stanowisku kierownika Klinicznego Oddziału Chorób Zakaźnych w Szpitalu Uniwersyteckim w Zielonej Górze - gdy Jacka Smykała zastąpiła Renata Korczak - w mieście zostaje pamięć o dekadach pracy w miejscu, gdzie liczyły się decyzje podejmowane pod presją czasu i ryzyka. I pozostaje też codzienny, ludzki wymiar tej historii: pacjenci, którzy po latach wciąż rozpoznają lekarza na ulicy.

  • Jacek Smykał kierował oddziałem zakaźnym przez 30 lat w Zielonej Górze.
  • Wiosną przestał być kierownikiem Klinicznego Oddziału Chorób Zakaźnych w Szpitalu Uniwersyteckim w Zielonej Górze; zastąpiła go Renata Korczak.
  • W 1974 przebywał w Laskach, a w 1977 wrócił na studia medyczne w Białymstoku po trzech latach przerwy.
  • W czasie pandemii COVID-19 zdiagnozował „pacjenta zero”, pierwszy w kraju oficjalny przypadek koronawirusa.
  • Oddział miał kiedyś 70 łóżek, dziś ma ponad 20.
Źródło: zobacz oryginał
Udostępnij:
AJ

Anna Jurewicz

Pisze o kulturze i ludziach Zielonej Góry; szuka historii, które budują wspólnotę i pokazują lokalną tożsamość.

Więcej artykułów →

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!